Kiedy sięgnę pamięcią i próbuję znaleźć początek, kiedy to wszystko się zaczęło, mam przed oczami jedną osobę, mojego serdecznego kolegę Sebastiana. Los sprawił, że nasze drogi skrzyżowały się w miejscu szczególnym. Był to Ośrodek Terapii Uzależnień dla dzieci i młodzieży. On, doświadczony terapeuta, człowiek o tysiącu zainteresowaniach, od jaskiń, wspinaczki, dalekich podróży a na rajdach przygodowych i survivalu kończąc. I ja, świeżo upieczony wychowawca szukający pomysłu na siebie. Przez kilka lat wspólnej pracy Sebastian systematycznie zapraszał mnie do swojego świata a ja szybko połknąłem bakcyla bo widziałem, że ma to sens w pracy z młodzieżą a dodatkowo daje nam mnóstwo zabawy i przede wszystkim satysfakcji. Widziałem w tym alternatywę młodego człowieka dla świata, który po narkotykach wydawał się kolorowy i ciekawy. Świata, do którego droga wiedzie na skróty i  jeszcze perfidnie wmawia mu przy tym jego wyjątkowość. Obserwując ciągłe zagrożenia ze strony tegoż właśnie fikcyjnego świata, nie zwalnialiśmy w swoich działaniach. Staraliśmy się pokazać niepowtarzalność tego co realne, nieskażone narkotykami czy alkoholem. I wtedy właśnie pojawiła się prawdziwa PETARDA!
    Sebastian mianowicie przypomniał sobie, że kiedyś, dawno, dawno temu próbował czegoś takiego jak „chodzenie po ogniu”. Pamiętał to doskonale, i to nie dlatego, że ma dobrą pamięć czy było to niezwykle miłe dla niego doświadczenie. Po prostu poparzenia jakich wtedy doznał nie dawały mu o tym zapomnieć. Nie muszę dodawać chyba, że chęć przejścia po rozżarzonych węglach pojawiła się u niego wtedy spontanicznie, siedząc przy ognisku. Dzisiaj już wiemy, że taki „spontan”, przy braku podstawowej wiedzy oraz wcześniejszego przygotowania mentalnego po prostu nie miał prawa się udać :) Silny charakter i zawziętość nie dawała mu jednak spokoju, choć decyzję o ponownej próbie podjął dopiero po wielu latach, gdy spotkał człowieka, który podejmie się tego (wydawało się wówczas) „szaleństwa”. Tak, tak, chodziło o moją skromną osobę. Na propozycję Sebastiana zgodziłem się bez wahania, jednak nie wyobrażałem sobie zrobić tego bez odpowiedniego przygotowania. Zaczęło się studiowanie różnego rodzaju książek, tłumaczenie tekstów, rozmowy z osobami, które zajmowały się tym w innych krajach. Im więcej czasu na to poświęcałem, tym coraz bardziej nie mogłem doczekać się, kiedy wejdę na ścieżkę ognia. Wtedy widziałem w Firewalkingu nieograniczony potencjał do wykorzystania w pracy terapeutycznej z młodzieżą. Nie wiedziałem jeszcze, że z czasem ten potencjał znacznie się rozszerzy.
    Pierwszą próbę zaplanowaliśmy na dzień urodzin Sebastiana. Miałem mieszane uczucia. Wiedziałem czym grozi wejście w prawie 700 – stopniowy żar. Pamiętałem opowieści Sebastiana a poza tym wcześniej wiele godzin spędziłem na oglądaniu w internecie skutków poparzeń. Nie napawało to optymizmem. Wierzyłem jednak, że te wielotygodniowe przygotowania mają sens. Wczesnym październikowym wieczorem 2013 roku Sebastian zadzwonił do mnie z informacją, że właśnie przygotowuje stos. Nadeszła godzina „0” :)
    Nie będę skupiał się w tym momencie na sprawach technicznych związanych z całym tym przedsięwzięciem, bo zdecydowanie ważniejszym były dla mnie przeżycia wewnętrzne. Było to coś niesamowitego. Skrajne emocje zmieniające się w ciągu kilku sekund. Od strachu i niepewności, do dumy i uczucia błogiego spokoju. Dzisiaj każdorazowo gdy przeprowadzamy kogoś pierwszy raz przez ogień, pojawia mi się zazdrość. Patrzę na twarz tej osoby i widzę siebie z przed lat. Doskonale wiem co czuje i o czym myśli przed postawieniem pierwszego kroku na rozgrzanych do czerwoności węglach. Na razie jeszcze o tym nie wie, ale za chwilę będzie już zupełnie innym człowiekiem.
    Mój pierwszy w życiu spacer po rozżarzonych węglach był przeżyciem wyjątkowym. Oczywiście nie było mowy o jakichkolwiek poparzeniach i wszystko przebiegło zgodnie z założeniami. Tym razem byliśmy do tego odpowiednio przygotowani. Wiedzieliśmy też, że jest to dopiero początek naszej przygody z Firewalkingiem. Przyszłość pokazała, że mieliśmy rację.